Oczywiście z przejęcia nie mogłam spać i zaglądałam do was... na forum hahahaha. Pogoda była "cudna", czyli od rana szaro-buro-koperkowo, a do tego zimno, pada... wilki jakieś hahaha teraz to śmiech ale wtedy nie było mi do śmiechu, ale już byłam z ty częściowo pogodzona, ważny był poniedziałek
już w czwartek zaczęłam sie pakować, napisałam sobie liste, co ma wziąć do torebki, co do pokoju, co do samochodu, plan prawie idealny. Rano wzięłam prysznic, w piątek padł na akumulator od jednego auta i musiał ktoś po mnie przyjechać, zadzwoniłam do brata, a że brał prysznic to musiałam na niego troszku poczekać, w międzyczasie zadzwoniła do mnie fotografka, że już dojeżdża i zaraz będzie u mnie (umówiłyśmy się, że spotkamy się u mojej mamy w domu - a tu klops, bo ja czekam na drivera, a on się jeszcze myje). Braciszek jednak przyjechał, wziął torby i sru do domu. U mamy była już siostra z mężem i synem, fotografka, wypiłyśmy kawkę, pobajerowałyśmy i trzeba było się zbierać do fryzjera, brat też się spisał. Na 10;30 byłam zapisana, przychodzimy z kasią (fotografką) a pani z farbą na włosach, kończy czesac inną panią, a że jestem cierpliwa to te porządne 10 minut poczekałam. Usiadłam wkońcu na fotelu, gadka szamtka, a fryzjerka pyta się czy może sobie zmyć włosy, oczywiście się zgodziłam, przecież ze mnie nadzwyczaj spkojny człowiek hahaha, czesze mnie... ale szczorką, chociaż na próbnej umawiałyśmy się na wałki (które miały służyć podkęceniu włosów), ale dobra niech czesze tak, wkońcu na próbnej jeszcze na trzeci dzień się trzymały
wkońcy zacz ęłam wyglądać normalnie, ale loki wcale nie były podkręcone, więc jej mówie, czy mogła by to poprawić, najpierw wzięła prostownice, ale jej sie coś nie udało, a później lokówkę, para lecieła,ale jakiś efekt był




nagle wszyscy się obudzili ...
(bo oba wesela były w tej samej miejscowości)
dźwięczał jak kastrat albo stara baba

