Przygotowania
Jak już przyjechaliśmy do Gorzowa,nie wiedziałam,w co ręce wsadzić.Do zrobienia było bardzo dużo,w moim kalendarzu każdy dzień był zaplanowany.Już pierwszego dnia spotkaliśmy się z kobietą od sali. Na szczęście wzięliśmy ze sobą teściową,pomogła wybrać menu itd.Omówiliśmy dekoracje i wszystko,no i przyszło do umowy...I tu okazało się,że umowy nie ma!!!! No tak po prostu ta kobieta nie daje umów...Szczena mi opadła dosłownie. Babka stwierdziła,że ona gwarantuje,że wszystko będzie ok,że nigdy do tej pory nie dawała umowy,że nie było potrzeby.Musiałam wyjść na zewnątrz złapać powietrza,bo aż mnie dusiło z nerwów...Skończyło się na tym,że teściowa wzięła wszystko na swoją odpowiedzialność,a ja machnęłam ręką,zabrałam dziecko <byliśmy tam z malutką> i poszłam do samochodu.Nie podobało mi się to wcale.Mało tego,okazało się,że za osobę płacimy 140 zł,a nie 120 czy 125 jak było na początku ustalone...Za dzieci do lat pięciu nie płaciliśmy nic,od pięciu wzwyż wołała całą stawkę,ale wytargowaliśmy połowę-bez przesady,na weselu miały być dwie czteroletnie dziewczynki i dwóch sześcioletnich chłopców,ile może zjeść taki smarkacz?Umówiliśmy się,że wódkę i winko przywieziemy tam w czwartek i pojechaliśmy do domu.
Następnego dnia miałam próbnego fryzjera i makijaż.Fryzjerka jednak nie czesała mi całej fryzury,tylko pokazała mniej więcej co to będzie-świetna babka,sama zaproponowała mi fryzurę,doradziła itp.Była u mnie bardzo krótko,z jakieś 10 minut.U mówiłam się z nią na godzinę 10.w dniu ślubu,bo jak sama stwierdziła,ona czesze szybko,obiecała że w 40 minut się wyrobi.Za swoją wizytę nić nie wzięła,kasuje tylko czesanie ślubne.Sytuację wykorzystała teściowa,która umówiła się z nią też na czesanko w dniu ślubu,tyle że na godz.14.Umówiła się z nią dodatkowo na środę przed ślubem na podcięcie włosów.O godz. 19. przyjechała makijażystka,pokazałam co mi się podoba,jak wygląda suknia,jaki będzie bukiet i wzięła się do roboty.
Makijażystka pracowała nade mną jakiś czas,z końcowego efektu byłam dość zadowolona,chociaż nie zachwycona.Podkład był położony super,cera była idealna,tylko kolor cieni mi się nie podobał,było za dużo popielatego,wyglądało to jakoś lodowato.Ustaliłam,że do ślubu ma być oko w brązach,nie czułam się dobrze w tym szarym.Ale chciałam zobaczyć jak będę wyglądać,stąd najpierw zażyczyłam sobie szary.Oczywiście nie byłabym sobą,gdybym nie przetestowała trwałości makijażu- najpierw się popłakałam
Następnego dnia mieliśmy spotkanie z DJ`em,takie już ostateczne,z ustaleniem konkretnych godzin i podpisaniem umowy.Wcześniej pojechaliśmy kupić wódkę...z małą,bo nie mieliśmy co z nią zrobić.Komicznie to wyglądało- wsadziliśmy Karolkę do sklepowego wózka,więc przy kasie stanowiliśmy sensację-dziecko siedziało obok kartonów w wódą
Potem spotkanie z księdzem,ustalenie świadków i przebiegu ceremonii.
Kolejne dni opiszę wspólnie,bo za dużo musiałabym się rozpisywać.Upłynęły mi one w ogromnym stresie,ponieważ okazało,że się Krzysztof ma grypę<zachrzaniałam pieszo po jakieś leki dla niego,a wierzcie-blisko nie było>.Do tego wszystkiego dochodziły poszukiwania dziewczyny,która zrobi mi pazurki-okazało się,że tego dnia,na który miałam umówione robienie w salonie nie będzie miał mnie kto tam zawieźć,a ja sama tam nie trafię.Dojazd autobusem tak pokręcony,że szkoda gadać.Taksówka odpada,bo odległość taka,że zapłaciłabym jakieś 150 zł za kurs
Generalnie,atmosfera była gęsta-ślub ślubem,przygotowania trzeba posuwać do przodu,a tu życie ma swój naturalny bieg,którego nic nie może zakłócić-chora babcia,którą co sobotę odwiedza ksiądz i trzeba posprzątać i przyszykować jej pokój,teściowa,która musi chodzić do pracy,na dodatek na nocki-odsypiała w dzień,trochę ciężko było przy moim wszędobylskim,głośnym dziecku.Michał-brat Krzysztofa,który gospodarstwo prowadzi sam,haruje ostro,który musi dostać obiad,bez względu na wszystko...W ogóle nie mieliśmy czasu dla siebie,zero.Albo było sprzątanie,albo robienie czegoś innego.Krzysiek jak wydobrzał,to pomagał bratu.Nie ma lekko-było drewno do porąbania,które potem trzeba było wrzucić do piwnicy- osobiście nosiłam te kawały drewna,pilnując,żeby sobie tylko rąk nie pokaleczyć niczym,bo ślub coraz bliżej.Krzyśkowi się ta sztuka nie udała,lewą <na szczęście> rękę miał całą obtartą.Do tego moje dziecko,które zachwycone gospodarstwem co chwila chciało na dwór oglądać kurki,krówki i świnki...Szału można było dostać.Sprzątaniu tam nie było końca.Co posprzątałam,to wieczorem znowu był syf...Na koniec wyszło tak,że z trzech pokoi do dyspozycji zrobił się nagle jeden.Dlaczego?Ponieważ poprawiny niedzielne miały być w domu,trzeba było przygotować stoły.Ustawiliśmy stoły w jednym pokoju,wcześniej wynosząc z niego ławę,fotele do pokoju babci-istna graciarnia,i łóżko,które wylądowało w szopie.Nie dość,że dostęp do szafy z naszymi rzeczami był utrudniony,to jeszcze zabrakło łóżka i nie było gdzie spać<teściowa poszła spać do sąsiadki,haha>,nie mówiąc już o tym,że ubierać się do ślubu mieliśmy w jednym pokoju...
Czwartek przed ślubem był wariackim dniem.Poszłam sprzątać kościół z teściową,potem pojechaliśmy zawieźć do kwiaciarni wazony z kościoła,potem trzeba było jechać zawieźć alkohol na salę.Na 19. przyjechała babka robić mi paznokcie,a teściowa wzięła małą i Krzysztofa na ostatnie zakupy.Na piątek też było mnóstwo rzeczy zaplanowanych,z wyprasowaniem spodni garniturowych dla Michała włącznie-Kinga się nie pojawiła ani na chwilę przez ten czas.Naprawdę miałam dość.Nie wspomniałam jeszcze że w międzyczasie dostałam telefon od mojej przyjaciółki,że nie może przyjechać na wesele,bo jej Maciej miał wypadek na motorze i leży w szpitalu...A dzień później zadzwoniła chrzestna Krzysztofa z płaczem,że jej córeczka jest w szpitalu w Szczecinie i też się nie zjawią...Na szczęście chrzestna zrobiła nam niespodziankę,bo na wesele przyszła-jak się potem okazało,córeczce się poprawiło,wyniki badań były lepsze,więc ją puścili do domku.
Kiedy zbliżała się TA sobota to miałam mieszane uczucia.Jakoś nie przeżywałam tego specjalnie.Stres był,ale nie związany ze ślubem i weselem,tylko jako wynik mojego wkurzania się przez dwa tygodnie,mojej harówki...Bardziej przerażało mnie to,że moje dziecko zaliczyło glebę i ma strupek pod noskiem,naprawdę
12.09.2009- ten dzień
Obudziłam się o 6.30.Mogłam jeszcze pospać,ale gdzie tam...wstałam,żeby zrobić sobie kawę.Babcia Krzysztofa też już wstała.Pogoda była nijaka,takie też było moje samopoczucie.Upiłam łyczka kawy...i poleciałam do łazienki...rozwolnienie,hahahah
Nagle zrobiła się godz. 12.
Tuż po godzinie 12.przyjechał mój brat z bratową.W zasadzie to Krzysiek po nich pojechał bo nie miał ich kto odebrać.W drodze powrotnej miał podjechać do kwiaciarni po mój bukiet. No i jak na niego przystało,zapomniał o tym,więc musiał jechać jeszcze raz.Kamerzysta i dekoratorka kościoła-małżeństwo spóźnili się o prawie dwie godziny...domyślcie się,co przeżyłam,hehe.W końcu wszyscy dotarli-mój brat zajął się moją córcią,dekoratorka zabrała się za strojenie auta,a ja za prysznic i ubieranie się.Pomagała mi bratowa,poszło w miarę szybko,bawiła się tylko z gorsetem,bo byłam wymagająca,hehe.Nagle ni z gruchy,ni z pietruchy do pokoju wszedł Krzychol.I oboje staliśmy oniemiali-on bo zobaczył mnie w sukni,a ja bo zobaczyłam mojego przyszłego męża w samych gatkach,podczas kiedy za 20 minut mieliśmy wyjeżdżać na plener...
Krzysiek na szczęście ubrał się sam,moja bratowa nie musiała mu pomagać
cdn.












